fbpx

Women’s power

Feministka to słowo, które od wieków kojarzone jest zarówno w dobry, jak i zły sposób. Wokół działań feministek wciąż narasta wiele sporów i niedopowiedzeń. Teoretycznie każdy ma jakieś pojęcie o historii feminizmu – takie lekcje odbywały się w szkole. Jednak niewielu z nas pamięta, jak długą drogę przeszły kobiety, walcząc o swoje prawa. I dlaczego muszą robić to nadal?

Od czego się zaczęło?

Historia emancypacji jest długa i odmienna dla każdego kraju, jednak za oficjalny początek walki kobiet o swoje prawa uznaje się rok 1792, a wraz z nim Mary Wollstonecraft, która w publikacji Wołanie o prawa kobiety podnosiła kwestię nierówności między płciami oraz potrzebę wolności kobiet w podejmowaniu pracy.

Sam ruch feministyczny dzieli się na trzy fale. Z pierwszą falą słusznie kojarzą się sufrażystki, które wyszły na ulicę w połowie XIX wieku, by walczyć o prawa wyborcze. Pierwszym krajem, który zgodził się przychylić do postulatów sufrażystek, była Nowa Zelandia (1893 r.). Natomiast pełne prawa wyborcze w Polsce kobiety uzyskały dokładnie 28 listopada 1918 roku.

Nie wszystko było jednak tak kolorowe, jak się zdaje. W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych powstał ruch antysufrażystek. Jego zwolennicy sprzeciwiali się nadaniu kobietom jakichkolwiek większych praw. Przychylali się także do teorii domowego feminizmu, według którego kobieta w domu jest w pełni wolna. Warto wspomnieć, że ruch antysufrażystek tworzyły głównie kobiety.

Po sukcesie pierwszej fali feminizmu nastał czas na falę drugą. W XX wieku kobiety były już obecne w przestrzeni publicznej, jednak oczekiwano od nich, że swoją obecnością wniosą jedynie kobiecą łagodność i wrażliwość. Panie zaczęły sprzeciwiać się podporządkowywaniu określonym rolom społecznym. Jednak głównymi postulatami ruchu drugiej fali były dostęp do bezpłatnej antykoncepcji oraz aborcji bez podawania powodu, a także równy z mężczyznami dostęp do pracy czy kształcenia.

Trzecia fala rozpoczęła się w latach 90. ubiegłego wieku i zamiast skupiać się na zacieraniu różnic pomiędzy statusem kobiet i mężczyzn, poszerzała postulaty na ogólną niesprawiedliwość i nierówność. Skupiała się między innymi na sprzeciwianiu się rasizmowi czy dyskryminacji ze względu na orientację.

Niektórzy naukowcy wyodrębniają także czwartą falę (od 2012 roku, która w dużej mierze obraca się wokół wykorzystania mediów społecznościowych), a także postfeminizm (ruch, który zakłada, że feminizm już dawno osiągnął swoje założenia, a w obecnej formie jedynie szkodzi kobietom).

Współczesna feministka

Co jakiś czas, w społeczeństwie słychać głosy podobne do tych postfeministycznych. Głosy te dziwią się, po co jeszcze istnieją feministki. Bo o co można walczyć, skoro dostało się już podstawowe prawa i przywileje? Wokół ruchu narosło wiele krzywdzących uprzedzeń. Obraz „feministki” powielany w kawałach przedstawia ją jako osobę wiecznie rozkrzyczaną, niezadbaną, samotną i sfrustrowaną. Czy feministka w XXI wieku rzeczywiście chce działać na szkodę mężczyzn? Czy dąży do stworzenia świata rodem z Seksmisji Juliusza Machulskiego? Jak wytłumaczyć sceptykom, że walka o dobrobyt kobiet jest wciąż potrzebna, choć w zupełnie innym wymiarze niż dwa wieki temu?

Oczywiście, są ludzie, których nie będzie dało się przekonać do zmiany swoich racji. Jednak najważniejsze (a tak często błędnie interpretowane) jest to, że feministki wcale nie walczą o to, by być lepszymi od mężczyzn. Nie chodzi o to, by zrównać obie płcie pod kątem biologicznym i zatrzeć wszelkie różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną. To nie jest też tak, że kobieta, która (świadomie i z własnej woli) poświęciła karierę dla opieki nad dziećmi i zajmowania się domem, jest „gorszym” typem kobiety i nie może nazywać się feministką.

O co teraz walczą feministki? Kobiety nie chcą nowych praw, nie mają tak spektakularnych postulatów jak sufrażystki. Feministki XXI wieku chcą, by te zasady, które zostały ustalone, były teraz egzekwowane, a nie pozostawały jedynie zapisaną kartką papieru. Chodzi o możliwość wyboru swojego miejsca w życiu, o swobodny rozwój bez zjawiska tzw. „szklanego sufitu” (jest to bariera, która uniemożliwia kobietom, ale także mniejszościom etnicznym czy wyznaniowym, rozwój i awans na najwyższe stanowiska w miejscu pracy), który nadal jest obecny w korporacjach. Współczesny feminizm to też walka z przemocą, molestowaniem czy gwałtem. Walka z napastnikami, ale i z urzędami, które nie zawsze są przychylne ofiarom. Dzięki rozwojowi technologicznemu postawy feministyczne i założenia tego ruchu można głosić na o wiele większą skalę niż dawniej.

Kim jest więc współczesna feministka? To kobieta żyjąca w zgodzie ze sobą, decydująca o sobie, świadoma swoich praw i niezgadzająca się na dyskryminację. Dumna z faktu bycia kobietą. Nie pozwala się traktować gorzej, bo jest „słabszą płcią”. Oczywiście, nie wszystkie feministki muszą chodzić na demonstracje i udzielać się w organizacjach walczących o równość praw. Czasem wystarczy „tylko” zareagować na niestosowny żart kolegów czy wspierać drugą kobietę, zamiast podkładać jej kłody pod nogi i rywalizować (bo takie zachowania nadal występują zbyt często pomiędzy kobietami). Takie małe działania będą dobrym fundamentem pod duże zmiany.

Czy mężczyzna też może być feministą?

Tak dużo mówi się o roli kobiet w walce o równość praw, a sama nazwa „feministka” wskazuje, że to określenie zarezerwowane jest jedynie dla płci żeńskiej. Nic bardziej mylnego. Chociaż w zestawieniu z ilością kobiet panowie są w mniejszości, to wielu jest jednak feministów. Najlepszy przykład? Podczas Ogólnopolskiego Strajku Kobiet wśród gwiazd dołączających do tej inicjatywy widzieliśmy nie tylko aktorki czy piosenkarki, ale też aktorów i prezenterów, a na ulicach oprócz protestujących kobiet wyszli także wspierający je panowie.

Kolejnym dowodem na to, że mężczyźni popierają kobiety w walce o równe prawa i nazywają samych siebie feministami, jest List Otwarty profesora Wiktora Osiatyńskiego do Kongresu Kobiet Polskich napisany w 2009 roku. Podpisało się pod nim ponad siedemdziesiąt osób, w tym pisarz Janusz L. Wiśniewski czy reporter Wojciech Jagielski. W liście tym czytamy między innymi: „Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę”.

Choć często myśli się o mężczyznach jako o szefie, który nie chce dać swojej pracownicy umowy o pracę, bo zaraz zajdzie w ciążę czy o robotniku gwiżdżącym na przechodzącą obok dziewczynę, to jest też wielu panów, którzy otwarcie nie zgadzają się na takie zachowania. Wychodzą na protesty, wspierają swoje żony w karierze zawodowej czy bronią koleżanki w pracy przed niewybrednymi docinkami. I potrafią otwarcie się do tego przyznać.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!