fbpx

To normalna rzecz: pomarudzić i pojęczeć. Też lubię. Ale potem działam!

rozmowa z Karoliną Cwaliną (@sexyzaczynasiewglowie)

Karolina Cwalina to certyfikowany coach, autorka książek, podcastów, kobieta-petarda z masą energii. Nie owija w bawełnę, szczerze mówi jak jest i motywuje do działania. O motywacji, planowaniu, zmianach w postrzeganiu coachów oraz lajkach na instagramie z Karoliną rozmawiała Weronika Potepa.

Nowy rok to czas, w którym wszyscy sobie coś postanawiamy. Ilu z nas nie dotrwa w swoich planach do lutego?

Więcej niż połowa. To niestety brutalna prawda, ale gdyby tak nie było, to nie rozmawiałybyśmy teraz o postanowieniach. 

Z czego to wynika?

Ludzie robią postanowienia noworoczne na hop-siup. Po pierwsze, nie mają dobrego planu, a po drugie – często robią postanowienia noworoczne, które nie są ich postanowieniami, a tylko słyszeli, że warto. Nie są to cele, które sami sobie wyznaczają.

W takim razie: jak robić postanowienia tak, by z nich nie zrezygnować?

Na początku należy podsumować na przykład miniony rok i zaobserwować, co zrobiliśmy do tej pory i jak nam to wyszło. Takie podsumowanie to szansa na dobrą analizę, dlaczego pewne rzeczy nam się nie udały. Czy za dużo sobie narzucaliśmy? Może zobaczymy, że mniejsze przedsięwzięcia wychodziły nam lepiej niż większe, dzięki czemu zrozumiemy, że duże cele warto podzielić na etapy.

Warto również zrobić bilans zysków i strat: z czego byłyśmy w minionym roku zadowolone, a z czego nie.

Pomyśl nie tylko o tym, co chciałabyś osiągnąć, ale również: po co? dlaczego? Na tej podstawie wyznacz jasne priorytety. Co jest dla ciebie najważniejsze?

Ciężko osiągnąć cel bez planu, a dobry plan to też dobre zarządzanie czasem i motywowanie się. Na początku roku łatwo myśleć: „O, ja to wszystko zrobię!”, a rzeczywistość jest taka, że ta motywacja szybko znika. Należy na bieżąco każdego tygodnia, na przykład wtedy, gdy planujemy kolejny, wracać do swoich celów i przypominać sobie, dlaczego warto.

A gdy już się poddamy? Załóżmy, że naszym celem było na przykład czytanie przez 15 minut dziennie. Dwa tygodnie idealnie szły, ale potem coś nam wypadło, kolejnego dnia się nie chciało… Książka leży od tygodnia i powoli zbiera się na niej warstwa kurzu. Motywacja spada, nie zdążyliśmy zbudować nawyku. Jak wrócić do porzuconego celu?

Zrobić dokładnie to samo, co wtedy, gdy zaczynaliśmy – planować! Zastanów się, dlaczego w ogóle chcesz to robić, co ci to da. Od razu przeanalizuj też, co spowodowało, że odpuściłaś, a potem, co zrobić inaczej, wiedząc, że może zdarzyć się coś, co nie pozwala ci trzymać się swoich założeń, żeby potknięcia cię nie blokowały i byś wiedziała, jak wyeliminować przeszkody.

Nie wystarczy zaplanować – i już! Nie uda się w ten sposób, to normalna sprawa. Porażki uczą.

A czy takie ciągłe planowanie i rozpisywanie nie zabija spontaniczności? To chyba najczęściej pojawiająca się wątpliwość. Również ja miewałam takie myśli – bo przecież jestem szaloną artystyczną duszą i bałam się, że struktury to we mnie zabiją.

Często zarzuca się mi, że jestem tak rozplanowana, że nie potrafię być spontaniczna. Prawda jest taka, że ludzie nie do końca rozumieją, czym jest dobre zarządzanie czasem i nie znają różnych technik. Jedną z nich, której trzymam się ja, jest założenie, że nigdy nie planuję 100% swojego czasu, bo wiem, że zawsze coś wyskoczy, wyjdzie jakiś fakap albo będę miała ochotę zrobić coś spontanicznie.

Planujemy też po to, by po czasie pełnym spontaniczności wiedzieć, do czego wracać.

Często powtarzasz: „Działaj, nie marudź!”. Czy marudzenie naprawdę jest takie straszne? Uwielbiam zadzwonić do przyjaciółki i wyrzucić z siebie żal na całe zło tego świata!

Inaczej jest, gdy dzwoni się do przyjaciółki, by się wygadać, a inaczej, gdy dzwoni się do niej 15 razy z tym samym problemem. Jeżeli non stop marudzisz o tym samym, ale nie podejmujesz żadnego kroku, by poprawić swoją sytuację i nie dajesz nic od siebie, jest to męczące – i dla Ciebie, i dla tej przyjaciółki. Ja też lubię pomarudzić i pojęczeć, to normalna rzecz. Ponarzekaj, wyciągnij wnioski i do przodu.

W swojej pierwszej książce wspominasz o tym, jak dużo na początku budowania swojej marki robiłaś za darmo. Podkreślasz też wagę wzajemnego wspierania się i dbania o relacje z „ziomeczkami”. Szczególnie bliskie memu sercu jest to, jak mówisz o Alinie, graficzce, z którą regularnie współpracujesz. Wierzysz w karmę?

Wierzę w to, że dobro wraca i że jak wysyłam dużo dobrej energii w świat, to ona do mnie wróci. To prawda, dużo robiłam za darmo i dalej robię. Podkreślam w swoich książkach, jak dużo dobrego dostałam, dlatego wspieram swoich ziomeczków. Szczególnie takich, z których jestem dumna, którzy się nie poddają i walczą. Wiem, ile pracy od siebie dają, ile energii wkładają w to, co robią. Jest takie przysłowie: pamiętał wół, jak cielęciem był. I ja pamiętam, jak to było, kiedy zaczynałam i nie wiem, czy kiedykolwiek o tym zapomnę. O niektórych sytuacjach bardzo ciężko zapomnieć, bo były niemiłe. Ale staram się też pamiętać te dobre chwile i zwracać dobro, które dostałam.

Czy ludzie nie zarzucają ci bycia transakcyjną w twoim podejściu „coś za coś”?

Prawda jest taka, że cały czas ktoś czegoś ode mnie chce. Wcześniej mówiłam o ziomeczkach, czyli ludziach, których znam prywatnie i którym ufam. Potrafię odróżnić, czy ktoś jest dobrym ziomkiem, czy tylko osobą, która czegoś chce. O ile jest to transakcja (o czym też pisałam w książkach), to wchodzę w taką relację, ma ona charakter bardziej biznesowy. Gorzej jest, kiedy jedna strona coś od siebie daje, a druga tylko bierze.

Wtedy odmawiasz?

Nie zawsze muszę coś z takiej relacji mieć. Widzę, gdy ktoś jest po prostu chytry i chce wykorzystać moją pozycję, znajomości, followersów na Instagramie. Istnieją ludzie, którzy nie muszą mi nic dawać, są pracowici, starają się. Wiem, że pewne rzeczy przyjdą w swoim czasie – później będą taką rekompensatą za to, komu pomogłam i gdzie poświęciłam swój czas.

Trzy książki później, czwarta w drodze, secret project, kalendarz, szkolenia, występy w telewizji… Wszystko brzmi bardzo sexy, a jak jest za kulisami?

Ja akurat bardzo dużo i często narzekam, szczególnie na instagramie. Warto się wczytać, bo powierzchownie to u każdego wygląda sexy. Ale ja jestem raczej otwartą osobą i mówię, kiedy cierpię. Ludzie mnie lubią robić w trąbę, a ja się niestety daję.

Bardzo doceniam ludzi, którzy potrafią na Instagramie pokazać prawdę.

Widziałam ostatnio jakąś dziewczynę, która cieszyła się, że na Instagramie nie będzie wyświetlana liczba lajków. Opowiadała, że że teraz wreszcie będzie mogła wykazać się większą kreatywnością, bo dotychczas nie wrzucała zdjęć, które nie były wystarczająco ładne, dobrze oświetlone i dopasowane. Tak sobie pomyślałam, że chyba wyprzedziłam trendy! Nigdy się nad takimi rzeczami nie zastanawiałam i chyba mam brzydki Instagram. Zresztą te piękne siatki zdjęć do mnie w ogóle nie trafiają.

Ostatnio też jest moda na naturalność i mówienie, jak ci źle. Ale dla mnie to chore. Z jednej strony moda na naturalność, a potem wszyscy włączają sobie filtr powiększający oczy, prostujący nos i wygładzający cerę i opowiadają o tym, jak im źle. A już w ogóle szczytem jest dla mnie, kiedy dziewczyny z takim filtrem promują kremy!

Abstrahując już od wyglądu, oglądając Instagrama, można nabawić się niezłego imposter syndrome. Jak się mu nie dać?

Myślę, że to kwestia nie tyle Instagrama, co, bardzo ważnej w życiu, pewności siebie. Zdobycie jej wymaga ciągłej pracy nad sobą, nad docenieniem tego, kim się jest, co się ma i co się robi. Niedawno miałam spotkanie autorskie i powiedziałam na nim, że mnie naprawdę ciężko jest już zagiąć, bo już tę pewność siebie wypracowałam. Oczywiście, że nie jestem w pełni zadowolona, uważam, że mogłabym być zgrabniejsza i wiem też, że ostatnio lenię się w tym temacie i mam o to do siebie pretensje, ale wygląd to nie to, co mnie definiuje. Jestem bardzo pewna siebie ze względu na to, co robię.

Dojście do takiego stanu to była ciężka i długa praca. Często dostaję pytania: „Jak?”, i ja wtedy mówię: „Słuchaj, stara, 4 lata terapie, coachingi, warsztaty rozwojowe, szkolenia, przebywanie z odpowiednimi ludźmi i będziesz miała”. W reakcji większość przewraca oczami, ale tak jest – nic samo nie przyszło.

Swoją działalnością zmieniasz wizerunek coacha.

Nie wiem, czy zmieniam. Po prostu jestem sobą w swojej pracy, jak wielu innych coachów. Ludzie chyba sobie wmówili, że coach ma wizerunek biznesowy, a każdy jest przecież inny i każdy zresztą znajdzie swojego klienta. Według mnie dobrego coacha nie określa jego ubiór, a umiejętności i faktyczne osiągnięcia.

I na brak klientów nie narzekasz.

No nie narzekam.

A czego można się spodziewać, przychodząc do ciebie na sesję?

Tego, że trzeba mocno zapierdzielać, że cisnę i nie jest łatwo. Ze mną jest dużo roboty. U mnie sesja to ten czas, kiedy działamy. Możemy się zdzwonić, pogadać, ale sesja to sesja. Mój sposób pracy opisywałam również w swoich książkach.

Ostatnio na Insta Stories ciągle wspominasz o „secret project”. Czy możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Kiedyś śmiałam się z Rozenkowej, kiedy ona tak mówiła, a teraz sama zaczęłam (śmiech).

Dołączyłam do zespołu, który pracuje nad innowacyjnym produktem – szczegóły wkrótce!

Nie jesteś tam szefową, działasz dla kogoś. Jak ci z tym?

Mam w zespole swoją działkę, ale nie jestem szefową w tym projekcie i bardzo mi z tym dobrze. Wszyscy teraz chcą mieć swój biznes, a mi bardzo brakowało takiego momentu stabilizacji, a nie wiecznej walki o klienta. Bo własna firma to jednak wieczna walka.

To pierwsza duża rzecz na 2020 rok, co dalej?

Z Paulą Klepacz podpisałyśmy umowę na wydanie drugiej wspólnej książki. Z Paulą pisałam Girls Talk, ale to będzie zupełnie inna książka. Reszta planów się jeszcze klaruje, może być różnie.

Żałujesz czegoś w swojej drodze zawodowej?

To frazes, ale nie żałuję niczego. Nie będę tu oryginalna. Różne rzeczy się przytrafiały, jedne były fajne, inne nie. Ale dobrze, że były, bo dzięki temu wiele się nauczyłam. Każde doświadczenie nas wzbogaca.

Na koniec: gdzie można cię znaleźć? Od czego zacząć?

Najlepiej przeczytać różową i fioletową książkę i zaobserwować mnie na Instagramie. Tam mówię na bieżąco o tym, co się u mnie dzieje. A dzięki książkom można mnie po prostu poznać, bo czyta się je tak, jakby siedziało się ze mną na kawie.

Nasza misja

V mag to wartościowe treści o diecie roślinnej, zero waste i szeroko pojętym świadomym życiu. Rozmawiamy z inspirującymi osobami i dzielimy swoimi przemyśleniami. Chcemy przekonać Cię, że da się znaleźć złoty środek między codzienną gonitwą a życiem zgodnym z naturą. Poszukajmy go razem!